O jedzeniu w sklepikach szkolnych

Zainspirowana krótkim artykułem z portalu gazeta.pl postanowiłam napisać trochę o tym, co jest sprzedawane w szkolnych sklepikach (głównie batony, chipsy oraz kanapki niewiele mające wspólnego ze zdrowym posiłkiem). Ten problem niby przestał mnie dotyczyć jako, że aktualnie nie pracuję w szkole. Nie dotyczy też jeszcze mojego dziecka, ale nie oszukujmy się, on istnieje. Nie żebym miała jakiś problem ze słodyczami, sama jako dziecko często do szkoły dostawałam batonika. Słodycze mi nie zaszkodziły, jestem szczupła, ale jadłam je w rozsądnych ilościach. W ogóle lubię fast foody. Kiedyś nawet często odwiedzałam restaurację inną niż wszystkie. Teraz poprzestaję na ich lodach. Preferuję domowe hamburgery i pizzę, dzięki temu wiem co jem. Cole przestałam pić w ciąży i nadal jej nie piję. Nagle okazało się, że jest strasznie słodka i nie gasi pragnienia. Ale cukrowi nie mówię nie, bo dużo słodzę herbatę. Jestem przeciwna wszelkiej przesadzie, więc u mnie w domu nie planuję wprowadzać jednego dnia ze słodyczami. Staram się jednak dbać o to, co je moja rodzina. Nie dawać małemu słodyczy, wrabiać nawyk jedzenia owoców, mimo że sama za nimi nie przepadam. Czytam etykiety produktów i staram się wybierać te zdrowsze. Trochę mnie dziwi, gdy widzę, że jakaś mama karmi dziecko siedzące w wózku Prince Polo. Ja uważam, że na czekoladę jest jeszcze czas. Jednak jest to jej wybór a niestety aktualnie mamy mały wpływ na to, co dziecko kupuje w sklepiku szkolnym.

Wracając jednak do rzeczywistości szkolnej. U mnie w podstawówce nie było sklepiku. Z liceum wspominam natomiast pyszne kanapki, mega proste, w stylu masło, szynka czy też ser oraz ogórek. Ale bułka była świeża i bardzo mi smakowały. W pewnym momencie jedliśmy też andruty, oczywiście były też różne napoje – słodkie i woda. Trochę lat minęło i zaczęłam pracować w szkole. Kolejki do sklepiku były wielkie i oczywiście dzieci kupowały głównie chipsy, lizaki, cukierki, batony itp. Można też było kupić tosty. Czasem zdarzało mi się zjeść taką zapiekaną kanapkę. Można to ująć tak, była do przeżycia. Później mieniła się osoba prowadząca sklepik. Miało być lepiej, zdrowiej. We wrześniu tak było. Normalne kanapki, owoce – na przykład jabłka i śliwki. Chrupki zamiast chipsów, nie było cukierków. Jednak niestety to się zmieniło. Pojawiły się kanapki na ciepło, robione w mikrofalówce, z bułki z paczki. Twarde strasznie, no i powiedzmy sobie szczerze niezbyt zdrowe. Owoców już nie było, za to pełno słodyczy. Na moje pytanie o normalne kanapki Pani odpowiedziała, że dzieci takie wolą. Nauczyciele zgodnie stwierdzili, że tego się nie da jeść. W opinii Pani dyrektor sklepik był dla dzieci a nie dla nauczycieli, więc usłyszeliśmy, że przecież nie musimy tam kupować. Zresztą Pani dyrektor kanapkom nie miała nic do zarzucenia, gdyż bułki paczkowane je w domu i uważa za zdrowe. Pozostawię to bez komentarza. Widać, że kadra szkolna też potrzebuje przeszkolenia i wiedzy. Podobnie jak rodzice. Przykre jest to, że dużo dzieci przychodzi do szkoły bez śniadania a później zjada takie niezdrowe rzeczy. Również na wycieczki szkolne uczniowie często biorą chipsy. Jest ranek, jeszcze z Warszawy nie wyjechaliśmy a oni już zaczynają ich jedzenie.

A da się mieć inne podejście. Kiedyś czytałam artykuł o szkole w Bydgoszczy, gdzie dyrektor wprowadził program odchudzania dzieci. Znalazłam link do niego: http://wyborcza.pl/1,76842,12959212,Ta_szkola_odchudza_grube_dzieci.html. Są to dość radykalne kroki, ale jak widać potrzebne. A może warto by właśnie zacząć od zdrowszego jedzenia w sklepikach? Bardzo się cieszę, że rząd się tym zajął. Oby skutecznie. Jak się nie da inaczej niech będzie poprzez ustawę.

Oto link do dzisiejszego artykułu (klik). Zwróćcie uwagę, że trochę rozmija się to, co według Pań ze sklepików się sprzedaje, z tym co widać na filmie.

A jak jest w Waszych sklepikach, da się coś zjeść, czy same śmieci?

Komu, komu cukiereczka?

slodycze

Advertisements

2 thoughts on “O jedzeniu w sklepikach szkolnych

  1. Dzieci lubią kupować… W mojej szkole mieliśmy sklepik prowadzony przez jedną z nauczycielek – WITAMINKA. I rzeczywiście: jabłka, droźdżówki (od piekarza, nie z super- czy hipermarketu), jogurty, woda. Były też wafelki, andruty i „szyszki”, czyli kulki z ryżu preparowanego w karmelu. Najlepsze były chipsy jabłkowe o smaku… marchewkowym lub paprykowym 😉
    Otwarto oddział przedszkolny i przerobiono sklepik na szatnię dla przedszkolaków.
    Teraz na korytarzu stoją 2 maszyny – jedna z napojami (woda, soki), a druga – brrrrrrrrrrrr, z samymi słodyczami, o których wartościach odżywczych raczej pisać nie można. Bo ich nie mają. Za wynajem miejsca szkoła dostaje jakieś grosze.

    Mnie najbardziej jednak śmieszy to, że raz na 6 tygodni obok tej maszyny wisi kartka: FLUORYZACJA 🙂 To tak dla równowagi…

    W 2015 roku oddziałów przedszkolnych już w szkole nie będzie. Może wróci sklepik WITAMINKA?

    1. Taka „Witaminka” sklepowa powinna być w każdej szkole. Szkoda, że Wam ją zlikwidowali, ale może rzeczywiście jeszcze wróci. A co do kupowania przez dzieci to definitywnie duża dla nich przyjemność i fajnie, że mogą zdobyć takie doświadczenie, byle by było więcej normalnego i zdrowego jedzenia. Miło też by było, gdyby dyrekcja pomyślała, że nauczyciel też może chcieć coś zjeść niekoniecznie batona popijanego colą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s